Są książki, do których wraca się wielokrotnie. Jedna ich lektura to za mała. Do takich pozycji- moich najulubieńszych- zalicza się powieść Ericha Marii Remarque’a "Czarny obelisk". Sięgam po nią średnio raz do roku, ponieważ zniewala mnie język autora i zachwyca jego niezwykły dar kreowania soczystych, prawdziwych postaci. W ogóle u Remarque’a cenię przede wszystkich tę niezwykłą zdolność pokazywania zwyczajnych- niezwyczajnych bohaterów. Ludzi, którymi chcielibyśmy być, mimo z pozoru beznadziejnych czasów, w jakich przyszło im żyć i średnio satysfakcjonujących profesji, jakimi się parają.

Ale w przypadku "Czarnego obelisku" zagrało dosłownie wszystko- mamy tu wzbudzającego sympatię bohatera- pracownika firmy pogrzebowej, galopującą inflację w latach 20-tych XX wieku, przyjaźnie z kolegami z frontu, przelotne romanse, prawdziwą miłość . Książkę czyta się z zapartym tchem, choć z drugiej strony człowiek chciałby zatrzymać się i rozkoszować soczystymi dialogami i filozoficznymi refleksjami na temat życia, Boga i śmierci.

 

Remarque (z pochodzenia Niemiec), którego utwory po dojściu do władzy Adolfa Hitlera trafiły (dosłownie) na stos, musiał opuścić ojczyznę. Mimo tego w każdej kolejnej powieści przeciwstawiał się polityce nacjonalistycznej. Także w "Czarnym obelisku" nakreślił satyryczny obraz społeczeństwa republiki weimarskiej. Ale to nie polityka jest tu najważniejsza, choć bezsprzecznie stanowi istotne tło dla wydarzeń, w których główną rolę odgrywa Ludwik Bodmer.

To naprawdę mądra książka. A ponieważ lubię mądre książki i chętnie dzielę się nimi z innymi, mój egzemplarz "Czarnego Obelisku" przeszedł już przez wiele rąk. I umysłów, mam nadzieję. I serc. Razu pewnego wypożyczyłam książkę znajomemu, który miał podobny do mojego gust literacki. Czekała i czekałam, bo bardzo byłam ciekawa jego opinii. Spodziewałam się, ze odda mi tekst po jakiś 2-3 dniach. A tu minął tydzień, drugi i kolejny. I nic. W końcu spytałam znajomego, jak mu idzie lektura, czy może nie ma czasu, czy może nie przypadła mu do gustu. Odpowiedział, że nie ma czasu, faktycznie, bo…cały czas czyta. A czyta powoli, wraca do niektórych fragmentów wielokrotnie. I w ogóle, szkoda mu że zbliża się nieuchronnie do końca. I to była najlepsza dla mnie recenzja tej powieści. To jest utwór, podczas lektury którego żałujemy, że książka (jak każda książka, niestety) musi się skończyć. To po prostu TRZEBA przeczytać. A potem- jeszcze raz. I jeszcze raz. Tak mniej więcej… raz do roku.

Agnieszka Rygiel - nauczycielka j.polskiego